W końcu udało mi się zmobilizować i umówiłam się do internisty, żeby zrobić badania po przebytym Covidzie. Było mi o tyle łatwiej, że przechodziłam go razem z mamą, więc i do lekarzy i na badania umawiałam nas obie.
Do internisty umówiłam nas na ostatnią godzinę, żeby w poczekalni było już pusto. Czułam lekki niepokój, ale był do zniesienia.
Do gabinetu weszłyśmy razem, chociaż było mi trochę głupio, że wchodzę z mamą. Sprawy nie ułatwił fakt, że lekarka była młodsza ode mnie, a po zadania pytania, jakie biorę leki, wszystko stało się jasne. Ale trudno, mimo wstydu ważniejsze było dla mnie to, że w końcu się odważyłam, a wizycie nie towarzyszył mi paniczny lęk.
Pierwszy raz spotkałam się z internistą, który nas przebadał! Zazwyczaj zadają tylko krótkie pytania, wypiszą skierowanie lub L4 i na tym wizyta się kończy. Ale nie tym razem, co mnie bardzo zaskoczyło. Lekarka była naprawdę zaangażowana. W sumie spędziłyśmy w gabinecie z godzinę i wyszłyśmy z całą listą skierowań. Skupię się tutaj na mnie.
- badanie moczu,
- szczegółowe badanie krwi wraz z wykluczeniem ciąży, chociaż zapewniałam lekarkę, że w ciąży nie jestem (zaniepokoiła ją moja powiększona macica),
- RTG klatki piersiowej,
- USG piersi, węzłów chłonnych, tarczycy i jamy brzusznej,
- rezonans magnetyczny głowy.
Teraz pozostaje mi się zmobilizować i wykonać te badania. Chociaż nie wiem, czy starczy mi sił i odwagi, aby wykonać rezonans, to mnie przeraża. Dziś wiem, że sama wizyta u internisty to był pikuś. To był dopiero początek tego, co mnie czeka w kolejnych tygodniach.
0 komentarze:
Prześlij komentarz